Katedra Filologii Wegierskiej Uniewersytetu Jagiellonskiego w Krakowie
logo1
PROFESOR JÓZEF BUBAK
- kierownik Katedry Filologii Węgierskiej w latach 1995-1999

 

      W marcu minęła 10. rocznica śmierci profesora Józefa Bubaka, dialektologa, onomasty, a także hungarysty. Sesja zorganizowana w PAN, na której wygłosili referaty krakowscy uczeni, zarazem jego przyjaciele, wspomnienie w prasie i w czasopiśmie naukowym, liczny udział we mszy świętej w kolegiacie św. Anny - pozwalają sądzić, że te dziesięć lat nie zatarło pamięci o jego dokonaniach, pracach naukowych, ale też o nim jako dobrym i wrażliwym, mądrym człowieku.
      I taką sylwetkę prof. Józefa Bubaka chcielibyśmy tu ukazać.
      Urodził się w 1934 roku w Bielsku-Białej, wraz z rodzeństwem dzieciństwo spędził w podbielskiej wsi Bestwina, o której napisał później wiele ciepłych słów, wyjaśnił jej nazwę, opisał historię i z której mieszkańcami był bardzo zżyty. Dzięki staraniom kilkorga jego przyjaciół, będących miłośnikami tradycji, folkloru, powstało Muzeum Bestwińskie, w którym jedną z izb poświęcono rodzinie Bubaków - są tam ich portrety, sprzęty domowe i inne drobiazgi. Na otwarciu Muzeum profesor był honorowym gościem.
      Przez jego dzieciństwo przetoczyła się wojna, zabierając mu dwóch najstarszych braci: Franciszka i Władysława, a on sam jako kilkuletni chłopiec z przerażeniem słuchał opowieści o transportach do pobliskiego Oświęcimia, kilkakrotnie był świadkiem obławy, którą urządzali Niemcy w poszukiwaniu zbiegów z obozu. Nieraz opowiadał też o tragediach związanych z przejściem frontu. Prócz tej życiowej, smutnej edukacji, w czasie wojny rozpoczął też edukację szkolną. Pierwsze trzy klasy ukończył na tajnych spotkaniach, które odbywały się w domach kolegów, jego własnym, jak również u nauczycieli. Już po wojnie w ciągu jednego roku zaliczył czwartą i piątą klasę, a szkołę podstawową ukończył jako najmłodszy uczeń. Gimnazjum im. Adama Asnyka w Bielsku, do którego później uczęszczał, rozbudziło jego zainteresowania literaturą. Uwielbiał Słowackiego, Żeromskiego, należąc do koła recytatorskiego, znał na pamięć utwory wielu klasyków. Wciągnęła go również tajna działalność w Stowarzyszeniu Młodzieży Katolickiej. Nic więc dziwnego, że polonistyka na Uniwersytecie Jagiellońskim stała się jego marzeniem, wbrew zamiarom rodziców, którzy najchętniej widzieliby swojego najmłodszego syna jako medyka czy inżyniera (rola księdza była już "zarezerwowana" dla starszego brata Zygmunta). Rozmiłowany w literaturze, obdarzony doskonałą pamięcią, mający szerokie horyzonty, w trakcie studiów w Krakowie chłonął klimat tego historycznego miasta i umiał korzystać z różnych form życia studenckiego. Uczęszczał do teatru, interesował go fi lm, brał czynny udział w kabaretach studenckich, próbował rysunku. W czasie studiów, będąc pod niemałym wpływem dwóch wybitnych naukowców - onomasty Witolda Taszyckiego i dialektologa Mieczysława Karasia, przeorientował swoje literackie zamiłowania. Świadczy o tym jego praca magisterska o gwarze wsi: Koniakowa, Istebnej, Jaworzynki i Wisły - obroniona w 1956 roku. Z ogromną radością przyjął propozycję asystentury u prof. Taszyckiego, pod kierunkiem którego tę pracę napisał - w pół roku po dyplomie został asystentem w Katedrze Języka Polskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, któremu pozostał wierny do śmierci.
      Jako młody pracownik naukowy prowadził badania dialektologiczne nad gwarami południowej Polski. Wtedy też rozpoczął częste wyjazdy na Podhale, Spisz i Orawę. Jeździł tam z ogromnym, ważącym chyba 15 kilogramów, szpulowym magnetofonem marki Tesla i po jakimś czasie dzięki temu sprzętowi stał się rozpoznawalny wśród górali. Jeździł autobusem, autostopem, nie bacząc na pogodę, nocował w wiejskich chałupach, jeśli zechcieli go przyjąć pod swój dach, nieraz bez obiadu, bez kolacji, bo nie było gdzie i za co zjeść. Czasem został poczęstowany kwaśnicą i ziemniakami, nieraz trafi ła się jajecznica na skwarkach, a bywało, że na jakiejś plebanii zaprotegowany przez starszego brata, księdza Zygmunta, zjadał solidny posiłek. Kiedyś tuż przed wyjazdem w krakowskim komisie Pod Arkadami przy ul. Grodzkiej udało mu się zakupić piękne japońskie wysokie gumowe buty, które pochłonęły dwie trzecie asystenckiej pensji. Ileż sprawiły radości, jak były przydatne na wiejskich, błotnistych drogach, a przy tym całkiem eleganckie - a na to był ogromnie czuły.
      Wtedy właśnie zaczęła się jego przygoda z Podhalem, z góralami, przygoda trwająca lat czterdzieści. O tej miłości do gór pięknie napisał prof. Aleksander Wilkoń: Józek mówił po góralsku jak stary gazda i miał wyjątkowe talenty w znajdowaniu wspólnego języka z ludem. Był to bowiem człowiek uroczy, jakże pasujący do folkloru i humoru góralskiego. Jeździł na Podhale rok w rok, a często i po kilkanaście razy. Przywoził stamtąd niezliczone ilości taśm, które nocami odsłuchiwał i zapisywał, przywoził różne anegdoty, opowieści, a także ludowe powiedzonka typu: Starzec, jak przeżyje marzec - to umrze w kwietniu. Nieraz przywoził też chorych górali do znajomych krakowskich lekarzy.
      W 1962 roku ożenił się ze studentką polonistyki (jakże mogłoby być inaczej) Zofi ą Łukawiecką, która dwa lata później, w jubileuszowym roku (600-lecie) Uniwersytetu Jagiellońskiego, została Najmilszą Studentką Krakowa - co naraziło go na ironiczne uwagi prof. Taszyckiego: Teraz to Pan będziesz biegał rano po ciepłe bułeczki dla żony, zamiast biegać na zajęcia.
      Kiedy w prasie ukazywały się wywiady i zdjęcia Najmilszej, prof. Taszycki mówił: No proszę, tyle lat człowiek pracuje dla najstarszej uczelni, a czyje zdjęcie zamieszcza "Biuletyn Uniwersytecki"? Bynajmniej nie moje, tylko jakiejś panny. W gruncie rzeczy były to jednak dobrotliwe przekomarzania, bo gdy zostali raz obaj bez świadków, prof. Taszycki zapytał, jak wyglądały takie wybory, bo przecież jemu "nie przystoi tam bywać".
      Wbrew obawom profesora nie biegał rano po chrupiące bułeczki (zresztą takowe wówczas nie istniały), tylko nadal piął się po szczeblach uniwersyteckiej kariery, prowadził zajęcia ze studentami, przesiadywał w bibliotekach, czasami chodził na spacery z małą córeczką Agatką i przygotowywał pracę doktorską Nazwiska ludności dawnego starostwa nowotarskiego, którą obronił w 1967 roku.
      Niemałą część życia spędził poza krajem. Były to różne wyjazdy: lektoraty języka polskiego na uczelniach w Pécsu i Debreczynie, pobyt w Salzburgu, wakacyjne kursy językowe, sympozja i konferencje w różnych krajach i miejscach.
      Ponieważ Józef Bubak był człowiekiem niezwykle bezpośrednim, serdecznym, towarzyskim, każdy wyjazd przysparzał mu znajomych, przyjaciół, którzy często przewijali się później przez jego otwarty, gościnny dom.
      Na specjalne omówienie zasługuje ponaddwuletni pobyt na Węgrzech. Było to ciekawe zetknięcie się nie tylko z nieznanym dotychczas językiem, ale też kulturą i mentalnością naszych bratanków. Budując podwaliny pod polonistykę na obu uczelniach, uczył się języka węgierskiego, poznawał historię i zwyczaje kraju, jego sztukę, zachwycał się klimatem i pięknem Węgier. Polubił tamtejszą kuchnię, był smakoszem wina, uwielbiał mocną, czarną kawę, miał słabość do słodyczy. Ciepło i serdecznie opowiedział o okresie debreczyńskim prof. László Kálmán Nagy, obecny kierownik Katedry Filologii Węgierskiej UJ, w swoim wspomnieniowym referacie. Równie ciekawy i owocny okazał się wyjazd do Austrii, gdzie przez cztery lata w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Salzburgu nie tylko prowadził lektorat języka polskiego, ale był też prawdziwym ambasadorem polskiej kultury. Miał tam może niezbyt liczne (w porównaniu z Pécsem czy Debreczynem), ale niezwykle wierne grono studentów z różnych wydziałów, głównie z prawa, historii i rusycystyki. Umożliwiał im kontakty naukowe z Uniwersytetem Jagiellońskim, gościł ich we własnym domu w Krakowie, a kilkoro z nich, dziś rozrzuconych po Europie, nadal utrzymuje żywy kontakt z rodziną profesora. Na jego wykłady, odczyty przychodzili też ludzie spoza kręgu uniwersyteckiego, często Polacy, których losy wojenne rzuciły w tamte strony, a kontakt z językiem ojczystym wygasł przez lata. Były to ogromnie wzruszające spotkania. Niezwykle cenił sobie bliską znajomość z ówczesnym szefem Instytutu, wybitnym slawistą Otto Kronsteinerem. Profesor Kronsteiner często bywał z wykładami w Krakowie, a jako znawca dobrego jedzenia zachwycał się polską kuchnią. Jego przyjazd do Krakowa, obojętnie w jakiej porze roku, powodował w naszym domu "odstępstwo od tradycji": wigilijny barszcz z uszkami pojawiał się na stole w zwykłe dni, gdyż było to ulubione dane prof. Kronsteinera. O ich przyjacielskiej zażyłości świadczą słowa, które prof. Otto Kronsteiner napisał w pośmiertnym wspomnieniu: Straciłem wiernego przyjaciela, zawsze przyjaźnie uśmiechniętego, uprzejmego, nigdy niezmęczonego, chętnego do pomocy, Człowieka z wielką duszą.
      W 1986 roku Józef Bubak ukończył i opublikował monografię Proces kształtowania się polskiego nazwiska mieszczańskiego i chłopskiego, która stała się podstawą habilitacji uzyskanej w tym samym roku. Pracował dużo. Kilka lat na stanowisku sekretarza rektora UJ, potem jako wicedyrektor Instytutu Filologii Polskiej, w 1995 roku został mianowany na kierownika Katedry Filologii Węgierskiej, w uznaniu za jego wieloletnią pracę na węgierskich uczelniach oraz liczne kontakty w środowisku hungarystycznym. W tym okresie Katedra Filologii Węgierskiej nawiązała współpracę ze Stowarzyszeniem Boglarczyków, a także z Towarzystwem Przyjaźni Polsko-Węgierskiej im. Józefa Bema w Tarnowie. Wiele cennych projektów udało się zrealizować dzięki pomocy Konsula Generalnego Republiki Węgierskiej w Krakowie Ferenca Puskása, między innymi wydano tomiki poetów polskich i węgierskich. W związku ze wzrastającym zainteresowaniem studiami hungarystycznymi w roku 1997 zwiększono limit przyjęć do 20 osób. Do ostatnich sukcesów prof. Bubaka na stanowisku kierownika krakowskiej hungarystyki należy bezsprzecznie zaliczyć rozpoczęcie współpracy z Katedrą Filologii Węgierskiej w Neapolu pod kierunkiem prof. Amedeo di Franceso, który wygłosił w Krakowie cykl wykładów o literaturze węgierskiej.
      Mimo wielu obowiązków znajdował czas na pracę społeczną, na przedsięwzięcia charytatywne. W latach 1992-1993 pełnił funkcję prezydenta Lions Club Stare Miasto. Wraz ze swoimi przyjaciółmi z Klubu i zaprzyjaźnionymi Belgami niósł pomoc najbardziej poszkodowanym przez życie, najbardziej bezbronnym - dzieciom z domów dziecka.
      Równolegle z pracą na Uniwersytecie i osiąganiem stopni naukowych przybliżał w radiu i telewizji problemy językowe, wypowiadał się na temat pochodzenia naszych imion (jest twórcą Księgi naszych imion), tłumaczył pochodzenie nazw różnych miejscowości, uczył, jak należy poprawnie budować zdania. Zaprzyjaźniony z krakowskim środowiskiem dziennikarskim, a w szczególności z redaktorem Leszkiem Mazanem, udzielał wywiadów w "Przekroju", objaśniał staropolskie zwyczaje, przestrzegał, by nie śmiać się z nazwisk czy nazw wsi, przysiółków i miasteczek (np. Nie ma jak Zosia, Pacanów na kieł w Kłaju wzięty).
      Z zagranicznych wojaży Józef Bubak chętnie wracał do kraju, do pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim, do pobytu w górach. Nadal stałe miejsce w jego kalendarzu zajmowały wyjazdy do Bukowiny na Karnawał Góralski i Sabałowe Bajania, gdzie zasiadał jako juror. Jeździł tam, by posłuchać gwary, nacieszyć uszy muzyką, a oczy widokiem stroju góralskiego, który uważał za najpiękniejszy. Opanował też do perfekcji metodę "niepicia wódki", broniąc się przed alkoholem towarzyszącym kolacjom po obradach. Podhale, Orawa, Spisz to była jego miłość, jego pasja i fascynacja. Kochał nie tylko folklor, ale cenił i szanował ludzi, którzy go tworzyli, przyjaźnił się z wieloma poetami, muzykami i rzeźbiarzami góralskimi. Ta miłość została odwzajemniona, otrzymał wiele dyplomów, nagród, listów gratulacyjnych, był honorowym obywatelem kilku podhalańskich miejscowości. Górale oddali mu ostatnie pożegnanie w sposób, którego nie można zapomnieć - przybywając licznie na salwatorski cmentarz, by zagrać pięknie, rzewnie i wzruszająco melodie, które tak kochał. W miesięcznicę śmierci zorganizowali też góralskie posiady w Zakopanem.
      Józef Bubak nie zaniedbywał również swej rodzinnej miejscowości - Bestwiny koło Bielska, gdzie miał grupkę wiernych, wypróbowanych przyjaciół, pasjonatów historii regionu. Oni to, jak już wspomniano, przyczynili się do powstania Muzeum Bestwińskiego, którego profesor jest patronem, a tzw. "Józefowa izba" utrwala go w pamięci potomnych.
      Śmierć zabrała go zbyt szybko. Za szybko dla nauki, gdyż nie dokończył, nie zrealizował swoich planów i zamierzeń, między innymi nie zdążył wyjechać z wykładami na Uniwersytet w Neapolu, by połączyć ten pobyt z wizytą u wnuków i córki mieszkających na Sycylii.
      Za szybko dla nas, dla rodziny, zwłaszcza że rodzina, dom były dlań wartością najważniejszą. Cenił sobie domową atmosferę ciepła i bezpieczeństwa, miał ogromny szacunek dla tradycji, nie tylko tej związanej z wielkim świętami. Lubił zwykły rytuał codziennego, wspólnego życia. Miał trójkę dzieci (Agatę, Grzegorza i Piotra) i zapewne nadzieje związane z posiadaniem gromadki wnuków. Dane mu było doczekać narodzin tylko pierwszego wnuka - Alexandra, któremu mocnym, pięknym głosem śpiewał kołysanki. Następny wnuk, Leonardo, urodził się w pięć lat po śmierci dziadzia. Jeśli ma okazję patrzeć na świat z nieba, bo nie wątpimy, że tam się znajduje - to wie, że w 2008 roku przyszło na świat dwóch kolejnych małych Bubaków: Julian Józef i Jerzy Józef. Mamy nadzieję, że po swoim dobrym, mądrym i serdecznym dziadziu odziedziczą te cechy, za które cenili go przyjaciele, znajomi i bliscy.

Grzegorz i Piotr Bubakowie
synowie profesora

 

Cały artykuł dostępny również na stronie "Alma Mater"

 

Powrót do "20. rocznica istnienia Katedry Filologii Węgierskiej UJ"

 

Źródło: Alma Mater (Miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego, październik 2009 nr 117, s. 12-14)

   

Data ostatniej modyfikacji: 04.11.2009.:

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i powielanie w całości lub w częściach, bez zgody autora zabronione.
All rights reserved. Reproduction in whole or in part without permission is prohibited.

copyright Renata Cynarska 2008