Katedra Filologii Wegierskiej Uniewersytetu Jagiellonskiego w Krakowie
logo1
PRACA TO MOJA PASJA
- z dr Etelką Kamocki, wieloletnim wykładowcą w Katedrze Filologii Węgierskiej UJ, rozmawia Rita Pagacz-Moczarska

 

* Z Katedrą Filologii Węgierskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, która świętuje w tym roku jubileusz 20-lecia działalności, jest Pani związana od początku. Proszę przypomnieć, jak powstawała ta jednostka?

# Początki nie były łatwe. Zanim jeszcze powstała Katedra, pojawiły się trudności kadrowe. Pierwszy kierownik, prof. Stanisław Stachowski, starał się sprawnie zorganizować zespół, ale wciąż napotykał na przeszkody. Osoby, którym proponował pracę w Katedrze, z różnych względów podjąć jej nie mogły. Profesor Wacław Felczak - wielki orędownik powstania Katedry, był już wtedy na emeryturze, i - z tego, co wiem - odmówił z przyczyn zdrowotnych. Pracy
w Katedrze nie przyjęła też osoba, której profesor zaproponował lektorat języka fińskiego. Adiunkt Łączak, który miał wykładać literaturę węgierską, zmarł nagle, zanim rozpoczął się rok akademicki...
    Ja początkowo zostałam zatrudniona na trzy czwarte etatu, ale pracowałam ponad 30 godzin tygodniowo i wykładałam w zasadzie większość przedmiotów sama, bo wówczas było tylko dwóch wykładowców. Uczyłam więc gramatyki opisowej, gramatyki historycznej, literatury węgierskiej i dialektologii. Na szczęście, dosyć szybko udało się zatrudnić naszą pierwszą lektorkę języka węgierskiego z Budapesztu - Mártę Dósę. Profesor Stanisław Stachowski wykładał natomiast wstęp do języków ugrofińskich. Na cały etat przeszłam po roku.
    Zaczynaliśmy w dość skromnych warunkach. Powoli wyposażaliśmy Katedrę w podstawowe sprzęty i urządzenia, takie jak na przykład adapter czy magnetofon. Komputer, drukarkę, kserokopiarkę pozyskaliśmy znacznie później. W tym względzie nasza Katedra wiele zawdzięcza prof. Ralfowi-Peterowi Ritterowi.
    Powoli powstawała też nasza biblioteka, której zawiązkiem były książki podarowane przez Ambasadę Węgierską oraz Instytut Węgierski w Warszawie, a także Instytut Bálinta Balassiego
w Budapeszcie. Później, oczywiście w miarę możliwości, kolejne ważne pozycje nabywaliśmy
z własnych środków, jednak zdecydowana większość książek i czasopism pochodzi z darów.
    Dzisiaj księgozbiór Katedry liczy około sześciu tysięcy woluminów i wciąż się rozrasta. Dwa razy w roku otrzymuje ona bowiem cenne wydawnictwa z Instytutu Bálinta Balassiego
w Budapeszcie. To nie jest duża biblioteka, ale jako podręczny księgozbiór wystarczająca. Dziś przecież niemal całą literaturę można ściągnąć z internetu.

* Siedziba Katedry trzykrotnie zmieniała adres...

# Działalność rozpoczynaliśmy w małym budynku, który znajdował się przy ul. Krupniczej 36,
w miejscu, gdzie dziś stoi Auditorium Maximum. W nim mieliśmy do dyspozycji dwie sale, w tym dużą salę wykładową, z której korzystała ponaddwudziestoosobowa grupa naszych studentów. Lubiłam to miejsce, panowała tam rodzinna atmosfera. Później, podczas remontu budynku, przemieszczaliśmy się w różne miejsca; ja na przykład miewałam zajęcia na ósmym i dziewiątym piętrze Collegium Paderevianum.
    Następnie przeprowadziliśmy się do pomieszczeń przy al. Mickiewicza 59. Tam bardzo uciążliwy był hałas z ulicy, podczas zajęć nie można było otworzyć okna. Ale to właśnie w tych pomieszczeniach bronili swoje prace magisterskie pierwsi nasi absolwenci. Stamtąd, chyba
w 1999 roku, przenieśliśmy się na trzecie piętro budynku przy ul. Piłsudskiego 13, gdzie Katedra działa do dziś.

* W 1989 roku studia na pierwszym roku filologii węgierskiej rozpoczęło około 20 osób. Ile wytrwało do końca?

# Studia ukończyły cztery osoby, z tym że jedna z nich nie oddała pracy magisterskiej. Wybierając taki rodzaj studiów w pierwszym roku działalności Katedry, młodzi ludzie nie bardzo wiedzieli, na czym te studia będą polegać. Niektórzy wyobrażali sobie, że będzie to tylko kurs językowy. Dlatego w miarę upływu czasu wykruszali się. Ale z biegiem lat było coraz lepiej.

* Co sprawiło, że przyjechała Pani do Polski?

# To była i prywatna przyczyna, i trochę przypadek. W 1968 roku wyszłam za mąż za Polaka, ale nie to zdecydowało o moim przeniesieniu się do Polski. Przebywając na Uniwersytecie Karola Augusta w Getyndze, gdzie dwa lata pracowałam jako lektorka języka węgierskiego, otrzymałam ofertę z mojego macierzystego uniwersytetu, żebym została lektorką na Uniwersytecie Jagiellońskim.

* Kiedy przyjechała Pani do Krakowa?

# W 1969 roku. Rozpoczęłam wówczas pracę na orientalistyce. Byłam pierwszą lektorką języka węgierskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim po wojnie. Jako lektor pracowałam na orientalistyce siedem lat, prowadząc zajęcia dla studentów turkologii, dla których węgierski był drugim językiem obowiązkowym. Była to idea śp. prof. Tadeusza Lewickiego. Oprócz tego prowadziłam kursy językowe w EMPiK-u.

* Jak przebiegała droga Pani kariery zawodowej? Jest pani absolwentką Uniwersytetu im. Attily Józsefa w Szegedzie...

# Na tym uniwersytecie obroniłam również pracę doktorską. W tym roku mogłabym odebrać tak zwany złoty dyplom, który otrzymuje się po pięćdziesięciu latach kariery zawodowej, ale dyplomu nie będę miała, bo ze względów osobistych nie mogłam na czas dostarczyć odpowiednich dokumentów.
    Wracając jednak do tematu. Po ukończeniu studiów przez rok uczyłam w szkole ćwiczeń uniwersytetu, a następnie wróciłam na uczelnię jako asystentka. Wykładałam wiele przedmiotów, między innymi fonetykę opisową. Pamiętam, że na jednym roku uczyłam tego przedmiotu aż siedem grup. Prowadziłam jeden wykład, ale ćwiczenia miałam z każdą grupą osobno.
    Z Uniwersytetu w Szegedzie wyjechałam na stypendium do Wiednia. Byłam wtedy chyba jedną z pierwszych stypendystek z krajów zza żelaznej kurtyny. Do dziś pamiętam tę straszną podróż. Siedziałam sama jedna w wagonie, a żołnierze, których wokół było mnóstwo, wszystko dokładnie przeszukiwali, nawet podłogę.
    W Wiedniu przebywałam tylko dziewięć miesięcy, nie mogłam w żaden sposób przedłużyć tego pobytu. Chodziłam tam na różne kursy językowe, by nauczyć się języka niemieckiego. Pracowałam w laboratorium fonetycznym uniwersytetu, gdzie jeden z profesorów w klinice laryngologicznej prowadził chorych, którzy mieli trudności z mówieniem. Miałam nawet kilku swoich pacjentów, z którymi próbowałam rozmawiać. Było to bardzo dobre doświadczenie.
    Potem wróciłam na uniwersytet w Szegedzie, ale niestety nadal ze statusem asystentki, obiecywano mi awans, którego jednak się nie doczekałam. Dostałam natomiast ofertę pracy na Uniwersytecie Karola Augusta w Getyndze - o czym już wspomniałam, a następnie ofertę pracy w Krakowie.

* Ciekawym etapem w Pani życiu była dwunastoletnia współpraca z Wydawnictwem Literackim. Jak rozpoczęła się ta przygoda?

# Na prowadzone przeze mnie kursy języka węgierskiego w EMPiK-u chodziła jedna z redaktorek z tego właśnie wydawnictwa. W ostatnim półroczu mojej pracy na UJ - był to rok 1976 - zapytała, czy nie znam kogoś znającego język węgierski, kto mógłby pracować w wydawnictwie. Zaproponowałam jej... siebie. I tak to się zaczęło.
    Na początku pracowałam jako redaktor, potem zostałam kierownikiem jednej redakcji. To był chwalebny okres mojej pracy, bo podczas tej mojej działalności nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazało się ponad 20 przekładów dzieł literatury węgierskiej. Niezwykle trudnym przedsięwzięciem dla mnie jako redaktora okazało się wydanie pierwszego przekładu na język polski wierszy Bálinta Balassiego - "węgierskiego Kochanowskiego". Zadania tego podjęli się Teresa Worowska i Jerzy Litwiniuk. Udział w tej pracy miał również prof. Stanisław Stachowski, który z języka tureckiego tłumaczył na język polski motta do części wierszy. Niestety, książka ta, z powodu braku funduszy, nie została wydana przez Wydawnictwo Literackie, ukazała się natomiast później, w 1994 roku, w Warszawie, w 400. rocznicę śmierci poety, nakładem jakiegoś prywatnego wydawnictwa, które nie zamieściło nawet wzmianki o moim i prof. Stanisława Stachowskiego wkładzie pracy w ten przekład. No cóż, dobrze, że ta książka się ukazała...
    W Wydawnictwie Literackim udało się też przetłumaczyć trochę XX-wiecznych klasyków.

* Czy współpracuje Pani jeszcze z Wydawnictwem Literackim?

# Pracuję trochę na zlecenie.

* Kiedy i w jakich okolicznościach nauczyła się Pani języka polskiego?

# Niestety, nie uczyłam się tego języka z książek ani na kursach, tylko z praktyki, i to w dodatku w biegu. Początki były dla mnie bardzo trudne. Zaraz po ślubie rozmawialiśmy z mężem wyłącznie po niemiecku, ponieważ wtedy w języku polskim znałam raptem kilka słów. Tak to czasem bywa w mieszanych małżeństwach. Na szczęście mój mąż, aczkolwiek był inżynierem, miał bardzo dobre wykształcenie polonistyczne i posługiwał się piękną polszczyzną, dając mi dobre wzorce.
    Świadkami moich pierwszych prób porozumiewania się w języku polskim byli studenci turkologii. Wiem, że zapisywali niektóre moje powiedzonka w specjalnym zeszycie, nigdy jednak nie zdobyli się na odwagę, by zacytować je w mojej obecności. A szkoda.
    Dzisiaj posługuję się językiem polskim na co dzień, ale jest to dla mnie język obcy. Czytam zarówno literaturę polską, jak i węgierską. Staram się także regularnie czytać po niemiecku, żeby nie zapomnieć tego języka. Moi znajomi przyzwyczaili się już do mojej polszczyzny i bardzo rzadko mnie poprawiają. Ale ja wiem, że choć mam dość duży zasób słownictwa, robię błędy gramatyczne i intonacyjno-akcentowe. W języku węgierskim akcent jest inicjalny, to znaczy, że każdy wyraz - bez względu na jego długość - zaczyna się akcentowaną sylabą. I dlatego tak trudno mi operować ruchomym akcentem występującym w języku polskim. Mam też trochę trudności z miękkością spółgłosek.
    Dla obcokrajowca trudne jest to, że język polski jest raczej nieregularny, węgierski natomiast jest językiem bardzo regularnym.

* Co szczególnie znajduje się w kręgu Pani zainteresowań zawodowych?

# Gramatyka opisowa i historyczna. Te zagadnienia zawsze były dla mnie pasjonujące. Tym bardziej że w języku węgierskim gramatyka i nawet znaczny procent leksyki są bardzo stare. Na przykład nazwy części ciała oraz słowa takie, jak "niebo", "ziemia", "woda", "kamień", "świat", od czterech czy nawet pięciu tysięcy lat mają prawie identyczne formy.
    W naszym pierwszym tekście prozatorskim, to jest w Mowie Pogrzebowej z około 1200 roku, jest wzmianka o tym, że Bóg dał Adamowi raj za dom - czyli już wtedy, w XII-XIII wieku, słowo "dom" pojmowano dość szeroko. I to jest dla mnie niezwykle fascynujące. Pięknem mego ojczystego języka rozkoszuję się, zwłaszcza kiedy jest mi bardzo smutno.

* Pani wysiłki w krzewieniu kultury węgierskiej zostały docenione. W 1998 roku za zasługi
w przybliżaniu literatury węgierskiej polskiemu czytelnikowi otrzymała Pani Mały Krzyż Zasługi dla Republiki Węgierskiej - w Ambasadzie Węgierskiej w Warszawie z rąk Árpáda Göncza, ówczesnego prezydenta Węgier. W maju 2006 roku dyrektor Węgierskiego Instytutu Kultury w Warszawie István Gordon, w obecności swojego zastępcy Krisztiny Berger oraz konsula generalnego Republiki Węgierskiej w Krakowie Zoltána Nagyiványiego i jego małżonki, wręczył Pani odznaczenie Pro Cultura Hungarica, przyznawane przez węgierskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego szczególnie zasłużonym dla kultury Węgrom żyjącym poza granicami kraju.
    Co zadecydowało, że została Pani w Polsce na stałe?

# Nie chciałabym górnolotnie powiedzieć, że zakochałam się w języku czy kulturze polskiej. Zadecydowały względy praktyczne. Oboje z mężem mieliśmy tu pracę... A dla mnie praca zawsze była wielką pasją. I to się liczyło przede wszystkim. To było ważniejsze niż przejściowe kłopoty mieszkaniowe czy finansowe. Bo, jak wiadomo, 40 czy 30 lat temu w Polsce była dość trudna sytuacja.

* W Katedrze Filologii Węgierskiej pracowała Pani 12 lat, do momentu przejścia na emeryturę. W ciągu tego okresu była Pani promotorem ponad siedemdziesięciu prac magisterskich,
a dwóch Pani wychowanków, już po doktoracie, również związało swe losy z Katedrą...

# Miałam wielu bardzo dobrych studentów. Niestety, niektórzy z nich po pewnym czasie przenosili się na anglistykę, romanistykę lub na ekonomię, gdyż te kierunki były dla nich atrakcyjniejsze. Żałowałam bardzo, ale cóż, mieli prawo wyboru. Z wieloma moimi byłymi studentami do dziś utrzymuję kontakty i to jest dla mnie wielka radość.

* Dziękuję za rozmowę.

 

Cała rozmowa również dostępna na stronie "Alma Mater"

 

Więcej o odznaczeniu Pro Cultura Hungarica można przeczytać tutaj
a tutaj relacja fotograficzna z wręczenia odznaczenia Pani dr Etelce Kamocki

 

Powrót do "20. rocznica istnienia Katedry Filologii Węgierskiej UJ"

 

Źródło: Alma Mater (Miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego, październik 2009 nr 117, s. 12-14)

   

Data ostatniej modyfikacji: 04.11.2009.:

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i powielanie w całości lub w częściach, bez zgody autora zabronione.
All rights reserved. Reproduction in whole or in part without permission is prohibited.

copyright Renata Cynarska 2008